niedziela, 29 kwietnia 2012

Jak zmieścić 53 kartony w dwusypialniowe mieszkanie z dwiema szafami i jednym schowkiem?

Po pierwsze, musisz mieć firmę przeprowadzkową, która na samym początku zapewni Cię, że już wcześniej na mniejszych powierzchniach zdarzyło jej się rozpakowywać więcej rzeczy - to pomoże Ci przezwyciężyć szok, jakiego doznasz po wjechaniu wszystkich kartonów do mieszkania.

Po drugie, najlepiej nie mieć żadnej wizji co do tego, co i gdzie ma stać/leżeć, bo ostatecznie będzie stać/leżeć tam...gdzie się zmieści.

Po trzecie, najlepiej szybko porzucić perspektywę codziennego relaksu na balkonie, w wygodnych fotelach, przy stoliku do kawy - relaks relaksem, ale dziecięcy stół do rysowania też musi przecież gdzieś stać.

Po czwarte, trzeba wierzyć w możliwości domowego schowka - choć mały i ciasny, pomieścić może więcej, niż normalny pokój (wprawdzie do większości rzeczy nie ma potem dostępu, ale kto by się tym teraz przejmował).

Po piąte, należy się cieszyć, że nie wzięło się z poprzedniego domu dwóch sof, stołu do kawy, stołu jadalnego z ośmioma krzesłami, zestawu sypialnianego z komodą i mebli ogrodowych - zawsze mogło być gorzej :-).

Po szóste, najlepiej być wtedy chorym i narastające poczucie bezradności i chęci ucieczki z domu zwalić na karb choroby.

Na koniec pozostaje tylko puknąć się w głowę i zapytać siebie samego: po co człowiek gromadzi tyle  rzeczy i dlaczego ostatnia przeprowadzka niczego go nie nauczyła!

piątek, 27 kwietnia 2012

Różowe cudo

Ci, których temat kuchni nie interesuje, szybko się znudzą tym blogiem, bo wygląda na to, że kulinarnych doniesień będzie coraz więcej :-). Zachwycona swym ostatnim odkryciem owocu smoka (ang. dragon fruit lub, jak się później dowiedziałam, bardziej swojsko - pitaya), na lokalnym ryneczku zakupiłam pokaźną sztukę, by zaserwować rodzince na podwieczorek. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po grupowym przekrojeniu owoca na pół, oczom naszym ukazał się porażająco różowy miąższ, a spod noża popłynęła krwista strużka ciemnoróżowego soku! Powiało grozą... 

Owoc smakował podobnie jak ten z białym miąższem, choć chyba nieco więcej miał w sobie kwaśnego smaku. Okazało się, że była to jedna z odmian pitayi, jeszcze bogatsza w witaminę C, choć uboższa w wapń. Nasza mała dziewczynka od razu oszalała na punkcie różowego owoca, chłopiec zaś pozostał niezwruszony - z różowych potraw lubi jedynie różową wieprzowinę :-). Mąż chwycił za aparat, a ja w ciągu sekundy wymyśliłam nowy przepis kulinarny: lody waniliowe zatopione w puree z różowego miąższu pitayi (prawa autorskie zastrzeżone ;-)). Aby poznać rzeczywisty kolor pitayi, zdjęcia poniżej należałoby jeszcze oglądać przez różowe okulary :-).

środa, 25 kwietnia 2012

Przychodzi baba do lekarza...

No więc przyszła dziś Baba z mężem i dwójką dzieci do singapurskiego lekarza - po kilkudniowej utracie głosu i kichaniu/prychaniu całej rodzinki nie było na co czekać. Przyszła z wysokimi oczekiwaniami, bo opieka medyczna w Singapurze stoi ponoć na tzw. 'światowym poziomie'. Przyszła też (jak to zwykle Baba :-)) z własną diagnozą wstępną, podpartą dotychczasowym doświadczeniem i nauką, jaką mimochodem pobierała przez ostatnie lata u australijskich lekarzy. Co ciekawe, wizyty nie trzeba było umawiać wcześniej - pacjenci wchodzą z marszu, jak leci. 

Lekarz o śmiesznym imieniu Ooi (wymawia się: łii) początkowo wzbudził zaufanie - miał nieco siwych włosów i tabliczkę z napisem, że jest Senior Consultant. Zaczęło się osłuchiwanie, odpytywanie i wszystko szło wedle scenariusza, który zasadniczo nie odbiegał od australijskiego (no, może tempo było nieco szybsze, bo cała rodzinka zaostała 'odbębniona' w 10 minut). Wszystko, poza końcową diagnozą, która brzmiała: bakteria! Baba nie wytrzymała i przeprosiwszy najmocniej doktora za swą dociekliwość, zapytała, na jakiej podstawie tak sądzi. Przecież osłuchując nic nie znalazł, gardła czyste, a odkrztuszana wydzielina klarowna, to skąd wiadomo, że to bakteria, a nie wirus? (w Australii, po tych trzech symptomach na 100% stwierdzono by u nas infekcję wirusową). "Dlatego, że jesteście tu nowi i na pewno złapaliście bakterię, która w Singapurze jest dość powszechna od paru lat i większość 'nowych' ją łapie" - powiedział doktor i znacząco skierował wzrok w stronę drzwi. No i wyszła Baba od lekarza, niezadowolona, że jej teoria nie zgadzała się zupełnie z teorią doktora. 

Za kilka minut Baba i spółka odebrali z recepcji lekarstwa (to ciekawostka, że tu nie odsyłają pacjenta z receptą do apteki) i rachunek, na którym w polu 'diagnoza' było napisane: 'bronchitis' (zapalenie oskrzeli). "Skąd się wziął ten bronchitis, skoro przy osłuchiwaniu lekarz nie słyszał żadnych szmerów i powiedział, że wszystko czyste? No tak...., to pewnie dlatego, że ta bakteria najczęściej wywołuje właśnie bronchitis, zwłaszcza u 'nowych'" - pomyślała Baba, która szybko się uczy logiki lekarskiej. 

Oj, Panie Łii, symptomy mądrości to Pan masz niezbite, ale z tego co Pan mówisz nic mi się nie klei...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Smarowidło

Każdy kraj ma jakieś swoje popularne smarowidło. W Wielkiej Brytanii czy Australii jest to Vegemite lub masło orzechowe, w Polsce... chyba miód (a może smalczyk z ogóreczkiem)? Nie wspomnę już o Nutelli, która jest smarowidłem, można by rzec, globalnym. Każdy nowo przyjezdny, na początku pobytu szuka na półkach sklepowych swojego ulubionego smarowidła jak jakiegoś zbawienia, bo wiadomo, trochę czasu zajmuje, by się oswoić się ze smakiem produktów nowego kraju. Nawet jeśli jest to szynka, chleb, mleko, czy ser, to w każdym kraju mogą one smakować zupełnie inaczej. Na przykład, większość wędlin w Australii w ogóle nie pachnie, dlatego jak się czasem kupi w polskim sklepie krakowską, to jakby ktoś perfumami kiełbasianymi lodówkę pryskał przez tydzień - taka jest różnica. W Singapurze zaś, mleko ma dla mnie inny smak - lepszy, bardziej mleczny i aż z ciekawości zerknęłam kiedyś na etykietę, by stwierdzić, że ma ono więcej tłuszczu, bo prawie 4%, a nie 3,2% jak pełne mleko w Australii. 
 
Ale nie o mleku miało być. Dziś bowiem odkryłam jedno z popularnych singapurskich smarowideł, a zwie się ono Kaya. Kaya ma konsystencję gładką i kremową, kolor żółty lub zielonkawy, a powstaje z ekstraktu z kokosa, jajek, cukru i liści drzewa pandan. To taki ichni dżem kokosowy. Jak dla mnie - bomba, zresztą, wszystko co ma smak kokosa mogłabym pałaszować w ciemno. Ciekawostką jest, że liście drzewa pandan, które gotuje się w dżemie dla lepszego aromatu (a i dodaje się do wielu innych potraw i deserów), wielokrotnie podziwialiśmy w Australii. Jest to typowe drzewo obszarów nadbrzeżnych, ma długie, zwisające liście o ostrych brzegach i wielkie owoce przypominające wyglądem ananasy. Liście pandan mają wiele zastosowań, nie tylko w kuchni. Niegdyś na Vanuatu widzieliśmy jak kobiety wyplatały z nich wielkie maty i ekologiczne torby zakupowe. Wpisuję pandan na listę przypraw, które obowiązkowo znajdą się w mojej nowej singapurskiej kuchni. Kayę zaś, na stałe do lodówki.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Lokalne przysmaki

Urok niskich cen żywności w Singapurze w niedalekiej przyszłości może okazać się zgubny. Trzy dolary za lunch (to 3-4 razy taniej niż płaciłam w Brisbane) skłaniają do kupna dwóch różnych lunchów, pod pretekstem nagłej potrzeby poznawania różnych kuchni świata. Do tego kupuje się jeszcze nieograniczoną ilość rożnych przekąsek, podjadaczy i zapychaczy, bo tutaj wszystkiego jest pełno, a jak coś kosztuje około jednego dolara, to w zasadzie nic nie kosztuje... Tyle że jak się te wszystkie rzeczy zsumuje, to wychodzi, że wydaje się suma sumarum niewiele mniej, a...zadek rośnie :-). Różnorodność jedzenia w Singapurze jest jednak tak ogromna, że już teraz wiem, że w ciągu dwóch lat planowanego tu pobytu nie zdążę spróbować wielu potraw i produktów. Dlatego na codziennych zakupach, których trasa coraz bardziej oddala się od wielkiego centrum handlowego i supermarketów, a coraz bardziej oscyluje wokół lokalnego ryneczku i tzw. mini-markt-ów (jak się już tam dojdzie, to wiele rzeczy kosztuje połowę tego co w supermarkecie), zaczynam wyszukiwać lokalne przysmaki. 
Dziś było niezbyt hardcorowo, ale w końcu mam dzieci, które muszę wykarmić czymś zjadliwym. Nasza codzienna 'afternoon tea' (czytaj: pacyfikacja płaczącej po drzemce dwójki maluchów przy pomocy żywności) odbyła się z udziałem dwóch rodzajów chrupków: krewetkowych i z tapioki, babeczek z dodatkiem zielonej fasoli (na pytanie czy to słodkie, pani sprzedawczyni odpowiedziała, że i słodkie i nie słodkie), małych tart z nadzieniem z czarnej fasoli (wyglądało i nawet smakowało jak czekolada), kulek ryżowych o smaku orzeszkow ziemnych, oraz egzotycznego owoca dragon fruit. Jakoś nigdy nie jadłam tego cuda w Australii i teraz żałuję, bo choć bez efektu 'wow', owoc jest bardzo przyjemny i orzeźwiający w upalne dni - mnie smakował jak mało słodki agrest. No i wyglądał bajecznie.

 
Nie będę oszukiwała kto zjadł najwięcej. Wiadomo przecież, że dzieci, zwłaszcza dwulatki, są bardzo wybredne jeśli chodzi o nowości, a jedzenie w tym wilgotnym klimacie nie może się przecież zmarnować, więc lepiej nie ryzykować z jego przechowywaniem ;-).

niedziela, 15 kwietnia 2012

Miejska dżungla

Dziś po południu, nasz darmowy autobus zabrał nas na wyspę Sentosa. No dobrze, nie bezpośrednio, aż taki super to on nie jest, ale do centrum handlowego, z którego najwyższego poziomu kolorowym  pociągiem ekspresowym dojechaliśmy po jakichś 7 minutach do jednej z plaż wyspy Sentosa polecanej dla rodzin z dziećmi - Palawan Beach. Hmm, no cóż, plaże na Sentosa, jakby to powiedzieć, bardzo mało przypominają te queenslandzkie. W skrócie, są bardzo ucywilizowane. Roślinność jest piękna i widziana z góry przypomina dżunglę, ale wszędzie wszystkiego pełno: ludzi, sklepów, barów, atrakcji turystycznych - jeden wielki park rozrywki. Wszędzie jest głośno, a ruch uliczny, ma się wrażenie, nie mniejszy niż w centrum miasta. Sama wyspa to raczej rozrywkowe osiedle Singapuru, ale jak się już człowiek na to nastawi, to można całkiem przyjemnie spędzić tam czas, a nawet przy odrobinie szczęścia... mieć kawałek plaży tylko dla siebie :-). Polecamy pójść przez uroczy drewniany most na mały cypelek z wieżyczką widokową - to, w świetle niektórych teorii, najbardziej południowy kraniec Azji. Tam mieliśmy tylko dla siebie kawałek plaży i wodę.


Wracając pociągiem i obserwując przez okno trasę na wyspę dla pieszych (wydawała się dość długa jak na spacer z wózkiem), Matka Polka zażartowała, że dziwi się, że w tak nowoczesnym mieście jak Singapur nie zrobiono na tej trasie tzw. travelators, czyli ruchomych platform, które są powszechne na wielu lotniskach i przyspieszają ruch. Mogłoby to naprawdę śmiesznie wyglądać. Wieczorem tego dnia, męża Matki Polki biegającego po okolicy, poniosło z wiatrem w kierunku Sentosy, gdzie na własne oczy zobaczył właśnie ten wynalazek. No nie, to dopiero początek, a Singapur już staje się taki przewidywalny...

sobota, 14 kwietnia 2012

Najdziwniejsza w świecie kawiarnia internetowa

Dziś pojechaliśmy na zwiady do Marina Bay Sands – miejsca, z którego zobaczyć można centrum biznesowe Singapuru i zażyć nieco tak zwanego hajlajfu (ang. high life). Miejsce robi wrażenie – wielkie, eleganckie, kasyna, muzea, drogie sklepy, restauracje, promenady, dziedzińce, baseny, lodowisko, sztuczna rzeka z pływającymi pod mostem gondolami, tarasy widokowe…czegoż tam nie było! 


Mnie jednak bardziej zaintrygowało coś innego – pewna kawiarenka internetowa, w której nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że po Internecie serfuje się tam popijając kawę przy szerokich ławach, pod którymi znajdują się takie niskie baseniki na nogi (nawiasem mówiąc, widoczne z zewnątrz jako ‘żywa’ reklama kawiarni). Po co komu moczyć nogi przy serfowaniu po sieci, zapytałby kto? Ano po to, żeby małe, specjalnie wytresowane rybki, których w basenikach pływały tysiące, mogły się najeść objadanym z ludzkich stóp martwym naskórkiem. Po co dawać rybkom swój naskórek do objadania właśnie podczas serfowania po sieci? Ano, na to pytanie odpowiedzi już nie znam. Nie jestem nawet pewna, czy znają ją klienci tej kawiarni, ale jedno jest pewne – kreatywność singapurskich specjalistów od marketingu nie zna granic!

piątek, 13 kwietnia 2012

Deserownia

Lubimy nasz darmowy osiedlowy autobus (ang. shuttle bus). W sumie zawsze wiezie nas w to samo miejsce (ponoć największe w Singapurze centrum handlowo-rozrywkowe), ale za to za każdym razem w innym celu. Dziś, z okazji ‘dnia marudy’, który zaczął się wcześnie rano i zdawał się trwać cale wieki, mama wymyśliła, że jedziemy tam wszyscy na chiński deser. Szybka koordynacja czasowo-przestrzenna przy pomocy telefonów i po południu rodzinka spotkała się u wejścia do centrum łasuchów. Przyjemność była krótka, bo na desery, których zamówiliśmy 4, nie kazano nam długo czekać, a z talerzy zniknęły one w mgnieniu oka. Przysmakiem dzieci był pudding ryżowy o smaku kokosowo-jagodowo-fasolowym oraz pudding z kawałkami tofu i mango. Rodzice uraczyli się tym, na co nie skusiły się dzieci: bananowymi naleśnikami (zupełnie niepodobnymi do naszych naleśników) i kulkami ryżowymi z nadzieniem sezamowym, pływającymi w ciepłym mleku migdałowym. Za wszystko zapłaciliśmy niecałe 15 SGD. Mniam!


Tuż za rogiem


Wczoraj mąż wypatrzył, że żabi skok od naszego bloku, bez maszerowania do ulicy głównej, a jedynie przechodząc przez boczna furtkę i jakieś 5 minut podrzędna droga, znajduje się….. przedszkole! Matka Polka, czując jeszcze w łydkach reperkusje ostatnich spacerów, szybko wyszukała je w Internecie i po rozmowie telefonicznej z panią menedżerką potruchtała z dziećmi w podskokach do kolejnego przybytku. Przybytek schludny, choć lata swoje ma. Nie zrobił takiego wrażenia jak pierwsze przedszkole, ale i nic specjalnie zarzucić mu się nie dało. Menedżerka bardzo kontaktowa, z dobrym angielskim, właśnie wróciła z Brisbane, gdzie zdobyła dyplom na Southern Queensland University. Przez chwile poczułam się jak w Australii :-). Po długiej rozmowie wyszliśmy z ogólnym pozytywnym wrażeniem, choć trzy kwestie nie dają mi spokoju: 1 – nasza mała królewna będzie jedyną królewną w grupie, bo pozostałe dzieci to chłopcy i jest ich ośmiu, 2 – temperaturę dzieciom mierzą 3 razy dziennie i już przy 37,5 podają Panadol, żeby rzekomo zapobiec zniszczeniom mózgu przez gorączkę (w świetle tej teorii nasze dzieci powinny mieć już teraz bardzo zniszczone mózgi), i 3 – jedną ze stosowanych metod dyscyplinowania dzieci (poza krzesełkiem do rozmyślań maluchów nad swoim zachowaniem) jest pozbawianie ich ulubionej zabawki (ponoć działa najskuteczniej, jednak czyż w sensie emocjonalności dziecka nie jest to zbyt kontrowersyjne?). Kusi nas bliskość tego przedszkola i to, że jest okres próbny 2 tygodni (rodzice mile widziani z dziećmi na początku) – zawsze można zrezygnować. No i chyba zaryzykujemy….

czwartek, 12 kwietnia 2012

Lokalne klimaty

Po drugiej stronie głównej ulicy, przy której zaczyna się nasze osiedle, rozciąga się typowa singapurska dzielnica. Dwudziestominutowy spacer od nas i można doświadczyć wszystkiego co ‘lokalne’, od typowych państwowych bloków HDB, poprzez lokalny ryneczek i sklepiki z ‘mydłem i powidłem’, apteki odurzające wonią chińskich ziół, typowe jadłodajnie (tzw. hawkers place), aż po typowych mieszkańców owych bloków HDB, którzy otwarcie i z niemałym zdziwieniem witali Matkę Polkę z bliźniakami w wózku w swoich skromnych progach. Już odwykliśmy od wzbudzania sensacji wśród przechodniów - w Brisbane miało to miejsce najczęściej kiedy dzieci były mniejsze, no ale w Azji bliźnięta są wielką rzadkością, więc należy im okazać właściwe zainteresowanie.


W lokalnym hawkers place zjedliśmy lunch – plastry chudej wieprzowiny świeżo upieczone, na ryżu, z ogórkiem, lokalnym sosem i miseczką rosołku do popicia. Cena 3 SGD (tłusta wieprzowina kosztowała 4 SGD). 
 
Po około 15 minutowym poszukiwaniu drogi dla wózków dojechaliśmy do przedszkola numer dwa. W przedszkolu, oprócz dojazdu, w zasadzie wszystko nam się spodobało. Uderzyła nas czystość, wręcz sterylność tego miejsca i zasady z tym związane. Poza tym, że dzieci chodzą boso i są prysznicowane w połowie dnia, przed wejściem mają sprawdzaną temperaturę, dłonie, stopy i gardło. Jeśli coś jest nie tak, dziecko wraca do domu… Nie wolno przynosić nic z domu, nawet kocyka, ze względu na higienę. Program przedszkola oparty jest na filozofii Montessori i podchodzą tu do tego bardzo poważnie. Już dwulatki mają dwa dwugodzinne bloki edukacyjne dziennie – w każdym z nich każde dziecko spędza z nauczycielem 15 minut sam na sam na nauce Montessori. Poza tym uczą się angielskiego, chińskiego i wszystkiego co należy wokół siebie robić codziennie. Przedszkole ma zagwarantować, że wyjdzie z niego samodzielna wyedukowana jednostka społeczna. Trochę mnie to przeraziło i na razie nie wyobrażam sobie moich dzieci poddających się tej dyscyplinie, ale kto wie… Mając w pamięci wrzawę i spontaniczność, na jaką pozwolić sobie mogły dzieci w naszym przedszkolu w Brisbane, jakoś trudno mi uwierzyć, że w tej ciszy, czystości i porządku takie małe dzieci mogły być szczęśliwe. Tam nawet nie było porozrzucanych po podłodze zabawek i gdybym nie zobaczyła kilku ciekawskich dzieciaków zaglądających do nas przez drzwi, pomyślałabym, że jest akurat czas drzemki. No cóż, mamy trudny orzech do zgryzienia…

środa, 11 kwietnia 2012

Dyskryminacja


Są sytuacje, kiedy niezależnie od wykształcenia, wychowania, poziomu kultury jaki staramy się na co dzień reprezentować, a także osobistego marginesu tolerancji dla wszelkich dziwności, śmieszności, absurdu i tego co nam się nie podoba, po prostu ma się ochotę pokazać komuś tak zwany środkowy palec. Dziś taka właśnie sytuacja spotkała Matkę Polkę bliźniaków na jednym z przystanków autobusowych. Po około 20 minutach drałowania z wózkiem na przystanek, z którego bezpośredni autobus miał nas zabrać do wrót zakupowego raju Singapurczyków IKEA, mama ustawiła się przed drzwiami kierowcy w kolejce i tak jak dnia poprzedniego, oświadczyła, że chce zapłacić za podróż u kierowcy, po czym skierować się do środkowych drzwi, aby swobodnie móc wejść z bliźniaczym wózkiem do środka. Autobus był niskopodłogowy, na monitorach oznaczony jako przyjmujący również wózki inwalidzkie, dodatkowo - prawie pusty. Niestety, kierowca, po zerknięciu na bliźniaki, odmówił przyjęcia na pokład. Wyłącznie po chińsku i przy pomocy wyrazistego języka migowego kazał nam się mówiąc krótko wynosić. Nie pomogła reakcja  jednego z pasażerów, który próbował przekonać kierowcę, że jest w błędzie, ani też moje zapewnienia, że już mnie przyjmowano na pokłady podobnych singapurskich autobusów. Nie i koniec! O żesz ty… Kolejne 15 minut czekania w nerwach i pojechaliśmy następnym, bez problemów. A kierowcy autobusu nr 14, który o 15:04 zostawił na pastwę losu umęczoną i ociekającą potem Matkę Polkę z bliźniakami… środkowy palec!!!

wtorek, 10 kwietnia 2012

Rozbrajająca szczerość


Czy słyszeliście kiedyś, żeby ktoś odradzał klientom swój własny biznes? Dziś byliśmy z wizytą w przedszkolu – nowe, piękne, duże, 3 place zabaw (wewnątrz i na zewnątrz), dwa baseny dla dzieci, kilka sal do zabawy i nauki, miniaturowe łazieneczki z toaletami i prysznicami (w Singapurze dzieci biorą prysznic przed drzemką), czysto, pięknie i przyjemnie, a jednak pani Dyrektorka po długiej rozmowie ściszonym tonem poradziła mi nie zapisywać tu moich dzieci. Powód? „Nasz program nie jest mocny. Poszukaj innego przedszkola z lepszym programem.” Zszokowana zapytałam, dlaczego i czy w ogóle na etapie dwulatka ma to takie duże znaczenie (w australijskim przedszkolu jakoś nigdy do tej pory nawet nie wnikaliśmy czy i jaki program był realizowany). Pani zdziwiona pytaniem odpowiedziała niezwykle poważnie, że oczywiście, że ma, po czym podała mi namiary do innego przedszkola, które lepiej szkoli dwulatki, a jest nawet bliżej naszego mieszkania. Cóż było robić, pożegnaliśmy to wymarzone miejsce przedszkolaka i doceniając szczerość pani Dyrektorki, postanowiliśmy porzucić nasze dotychczas lekceważące podejście do tematu i dowiedzieć się nieco więcej na temat edukacji przedszkolnej w Singapurze, bo Matkę Polkę ogarnęła jakaś dziwna trwoga na myśl, że jej bliźniaki mają być nagle objęte jakimś sinagpurskim programem edukacji, i to tak na serio, nie że tylko w ulotce...

Pierwsza znajoma

Jakoś nikt nie pomyślał, żeby w naszym kompleksie przeznaczyć jakieś miejsce na kawiarnię. Niby jest klub, całkiem przyjemny, w którym można się spotykać i plotkować, poza tym miejsca na grilla i przy basenach, ale kawę trzeba mieć swoją. No i niestety ci, których ekspres do kawy, podobnie jak i czajnik elektryczny, wciąż jeszcze dryfują po falach Oceanu Indyjskiego, mają teraz problem. Najbliższa kawiarnia znajduje się na cypelku, do którego prowadzi most. To około 20 minutowy spacer, ale co to dla Matki Polki z bliźniaczym wózkiem? Kawiarnia bardzo przyjemna, ceny w miarę, jak na kawę, tzn. dobra kawa kosztuje około 6 SGD, co, jak się potem okazuje, stanowi więcej niż dzienny wydatek na lunch na osobę (ekspresie, kiedy tu wreszcie dopłyniesz?). Obsługa kelnerska jak w restauracji z wysokiej półki – aż nam się głupio zrobiło, bo tacy jacyś zwyczajni przyszliśmy, spoceni, w japonkach i sandałkach… Oprócz nas w kawiarni siedziała pani z małym synkiem – intuicja podpowiedziała mi od razu, że mieszka w naszym kompleksie i jest tu z tego samego powodu co ja. Pani w zasadzie zbierała się do wyjścia, ale w czasie krótkiej rozmowy dowiedziałam się, że jej synek kończy 2 latka za tydzień, ona sama urodziła się tego samego majowego dnia co nasze bliźniaki, oraz że w jej mieszkaniu też nie ma mikrofalówki, ale że mamy sobie jej nie kupować, bo brak ten jest wynikiem błędu dewelopera, który niedługo będzie dostarczał mikrofalówki do wszystkich mieszkań. Potęga relacji społecznych!

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Burza

O tej porze roku w Singapurze lub jego części pada średnio raz na dwa dni (kiedyś padało raz dziennie, ale w wyniku zmian klimatycznych to się zmieniło – tak przynajmniej powiadają lokalni). Pada różnie, czasem w dzień, czasem w nocy lub nad ranem i najczęściej wiąże się to z burzą. Matce Polce bliźniaków wiele rzeczy nie jest strasznych, ale jedno co było, jest i chyba będzie straszne to burze. Singapurskie burze są inne niż te brisbeńskie. Brisbeńskie wędrowały swoją ścieżką niczym trąba powietrzna, niosąc za sobą ciemność, niszczącą siłę wiatru i ciskając piorunami wąsko, ostro i strzeliście, a po 15-30 minutach zwykle było już po wszystkim. Burze singapurskie są bardziej rozległe, prawie bezwietrzne i w związku z tym jakby stojące w miejscu (to osobiste odczucie), a pioruny donośne, niskotonowe i wszechogarniające. Zdają się trwać dłużej, aż dopóki stłoczone chmury nie ‘wyleją się’ do końca. Odczucie po burzy jest niezbyt przyjemne – burza niespecjalnie ‘oczyszcza’ atmosferę, wręcz przeciwnie, robi się nawet bardziej duszno i wilgotno. Za każdym razem kiedy mamy tu burzę, cieszę się, że nie wynajęliśmy mieszkania na jednym z najwyższych pięter wieżowca.

środa, 4 kwietnia 2012

Mucha nie siada

Będzie o czystości. Bo tej w Singapurze z pewnością nie brakuje i jest to coś co zauważa się od pierwszego zetknięcia z tym miejscem. Wszędzie co chwila ktoś coś sprząta, zmiata, odkurza, poleruje, piele. Śmieci i brud są często niewidzialne dla przechodzących obok lub nieistniejące, ale sprzątający i tak odruchowo wykonują swoje czynności, jak automaty. Rezultat – przyjemnie na ulicach i chodnikach, piękna, zadbana zieleń miejska, a w restauracjach nie trzeba po kryjomu wycierać krzesełek dla dzieci mokrymi chusteczkami, jak to często robiliśmy w Australii, którą skądinąd uważamy za czysty kraj. Przechodnie też są zachęcani do utrzymywania czystości, najczęściej wysokimi karami za brudzenie, ale też na przykład darmowymi workami foliowymi na mokre parasole, które po wejściu do centrów handlowych w czasie deszczu zwykle się składa i niesie ociekające wodą.

Dziś ze zniecierpliwieniem obserwowaliśmy jak obsługa w jednym z centrów handlowych czyściła plac zabaw dla dzieci przed jego otwarciem (wizyty na 5. piętrze centrum Paragon, które to piętro całe poświęcone jest dzieciom, na stałe weszły do naszego programu). Byłam pod wrażeniem. Panowie nie pozostawili ani centymetra bez odkurzenia, wytarcia na mokro i zdezynfekowania. Od dziś place zabaw nie będą nam się kojarzyć z objawami chorobowymi, które często następowały u nas po podobnych wizytach :-).

wtorek, 3 kwietnia 2012

Pod górę

W centrum ‘Miasta Lwa’ Matka Polka z bliźniaczym wózkiem wszędzie ma pod górę. Ulicę w centrum przekroczyć nie jest wcale łatwo i do czegoś co znajduje się po jej drugiej stronie, w zasięgu wzroku, kluczyć można przez pół godziny, a może i dłużej. A co dopiero z wózkiem?! Matka Polka szybko zrozumiała, że nic w Singapurze nie jest ‘blisko’, nawet jeśli mapa tak pokazuje. Na mapie nie widać górek i pagórków, barierek dzielących jezdnię na dwie strefy, schodów, trawników i przejść, które często są zbyt wąskie dla najwęższego ze wszystkich wózka bliźniaczego Matki Polki. Nie widać też tłumów ludzi, którzy, nie wiedzieć czemu, chodzą ani po prawej, ani po lewej, tylko jakoś tak jak popadnie. Slalom z wózkiem między przechodniami zajmuje dwa razy tyle czasu i kilometrów co pójście prosto, nie wspominając już o ciągłym hamowaniu i przyspieszaniu wózkiem, bo każdy przechodzień idzie z różną prędkością i do głowy mu nawet nie przyjdzie, że właśnie depcze mu po piętach (a i często przeklina) Matka Polka. Podjazdy dla wózków i windy są na ogół źle oznaczone i trudno dostępne. To wszystko sprawia, że nasze pierwsze zwykłe wyprawy do spożywczego na zakupy dalekie są od beztroskich spacerków. Ale, górka ma to do siebie, że jak się na nią wejdzie, to potem już tylko ‘z górki’. Tak więc nie martwimy się – niedługo będzie ‘z górki’! A tak przy okazji, pozdrawiamy Góry :-)!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Jak wynająć mieszkanie w Singapurze w 24 godziny?

Po pierwsze, trzeba mieć do pomocy zaufanego, acz nadgorliwego agenta, który zabierze cię na całodzienną wycieczkę po potencjalnych mieszkaniach już następnego dnia po wylądowaniu.

Po drugie, trzeba tymczasowo zamieszkać w jakimś okropnym hotelu, najlepiej takim, do którego wchodzi się przez dziwne podziemia i garaże, w którym nie sposób przejść nie potknąwszy się o jakiś mebel i który swą świetność ukazaną na zdjęciach ze strony internetowej przeżywał jakieś 20 lat temu (najlepiej jeszcze zbudować sobie bardzo wysokie oczekiwania na podstawie tychże zdjęć).

Po trzecie, weź ze sobą na całodniową wycieczkę po mieszkaniach dwuletnie bliźniaki i nie za dużo prowiantu. Efekt murowany.

I tak, w niedzielny wieczór z największą radością pisaliśmy sms-a do naszego agenta z prośbą, by już więcej nie organizował nam takich wycieczek, ale żeby czym prędzej postarał się o klucze do jednego z mieszkań, które widzieliśmy. Potem jeszcze tylko pokombinowaliśmy jak poskładać koniec z końcem (zebrać wartość trzymiesięcznego czynszu, który trzeba było wpłacić, nie posiadawszy jeszcze singapurskiego konta bankowego), obowiązkowo ponegocjowaliśmy też trochę, a dalej trzymaliśmy kciuki przez następne kilka dni, żeby nie zgłosił się ktoś inny z lepszą propozycją wynajmu i…. mieszkanko było nasze!
Przez ten pośpiech i zmęczenie nie do końca do nas dotarło jakie mieszkanie postanowiliśmy wynająć. To znaczy, wiedzieliśmy ile pokoi, jak wygląda, jaka lokalizacja itp., jednak nie mieliśmy pojęcia jak w porównaniu z innymi miejscami zamieszkania postrzegane jest w samym Singapurze nasze osiedle. Otóż, jak się później okazało, zamieszkaliśmy w jednej z najbardziej nowoczesnych obecnie lokalizacji, często pokazywanych na zdjęciach jako wizytówka Singapuru. Jakoś między uspokajaniem bliźniaków, oglądaniem łazienek, sprzętów kuchennych, klatek schodowych i ocenianiem stanu pomieszczeń, nie skojarzyliśmy, że te wieże, przy których stoi nasz budynek, to właśnie wieże ze zdjęć… No i masz babo placek!



Dla zainteresowanych, nasze osiedle zaprojektował Amerykanin urodzony w Polsce – Daniel Libeskind. Więcej o tym projekcie na jego stronie http://daniel-libeskind.com/projects/reflections-keppel-bay.